czwartek, 5 sierpnia 2021

Love deal Cz.13 Ashley

  


    – Już mnie nie chcesz skuć, Rick? – spytałam, podsuwając posterunkowemu ręce pod nos.

    Nie odpowiadając, chwycił je i wykręcił do tyłu tak, że teraz musiałam iść przed nim, nawet nie mogąc się obrócić. Przynajmniej nie bolało... tym razem.

    – I tak byś się pozbyła kajdanek, a ja muszę za to płacić – odparł cierpiętniczo.

    – Fakt – zaśmiałam się.

    Wyszliśmy z budynku zaraz po naszej krótkiej wymianie zdań. Kątem oka spojrzałam w okno naszego mieszkania. Nawet nie wiem, czego się spodziewałam. Że zobaczę tam ją? Żałosne.

    Rick otworzył przede mną drzwi radiowozu i dosłownie wepchnął mnie do wozu. W ostatnim momencie zdołałam schylić głowę, by nie uderzyć w dach pojazdu. Rozsiadłam się w swoim miejscu, nie kłopocząc się z zapięciem pasów.

    – Hej, Mar... Zaraz, ty nie jesteś Mark'iem. Ty to...? – zdziwiłam się, widząc na miejscu kierowcy, kogoś innego niż zazwyczaj.

    Młody mężczyzna, a przynajmniej na takiego wyglądający, nie odpowiedział mi, czekając aż wróci Rick. Prawdopodobnie był nowy, albo musieli go przenieść z innego działu.

    Posterunkowy zaraz po zajęciu miejsca z przodu i zapięciu pasów, spojrzał na mnie jakby z kpiną, na co odpowiedziałam mu uśmieszkiem. Prychnął pod nosem, a w tym samym momencie nowy odpalił samochód.

    – Znacie się? – spytał nowy.

    – Tsaa... – mruknął Rick, najwyraźniej niezadowolony z tego faktu. – Zabieramy ją minimum trzy razy w miesiącu.

    Młodszy zaskoczony popatrzył na mnie, ale Rick zdzielił go w łeb i kazał patrzeć na drogę.

    – Co ona takiego robi? – zainteresował się.

    Ta ona tu jest i cie słyszy, ktoś o mnie pamięta? Niech się cieszy, że wymyśliłam mu zabawę na czas, kiedy będę w areszcie...

    – Bójki. Zazwyczaj wygrywa – odpowiedział krótko, jakby się nad czymś zastanawiając. – Właśnie... Nigdy niczego nie kradłaś... I w ogóle wyglądasz jak gówno.

    Woah, spojrzał na mnie, sukces.

    – Dzięki – burknęłam.

    – Będziemy musieli przesłuchać twoją koleżankę – westchnął i odwrócił się z powrotem w stronę jezdni, sięgając ręką po kawę.

    Zaraz... co? Co? CO?!

    – Nikt nie będzie z nią rozmawiał – warknęłam. – A już na pewno nie wy.

    – Hah, jakby to od ciebie zależało – zaśmiał się ironicznie.

    – Nie wkurwiaj mnie, dobrze ci radzę. Nie pozwolę jej tknąć – podniosłam głos.

    Nikt już się po tym nie odezwał. Każdy z nas przeczuwał, że skończyłoby się nie tylko na rozmowie. Aż mnie ręka zaczęła świerzbić, żeby walnąć tego starego pryka, a jedyne co mnie przed tym powstrzymało to krata na środku auta.

    Jednak po chwili znów usłyszałam głos posterunkowego.

    – Jakoś nie wyglądało na to, żeby twoja znajoma przejęła się twoim odejściem.

    Skutecznie mnie tym uciszył. Miał, cholera, pieprzoną rację.

    Spojrzałam za okno, na ulice miasta. Ludzie w autach, spieszący się do pracy, czy na spotkania, dzieci na chodnikach, ścigające się nawzajem... Byli tacy normalni. Zmęczeni, czy pełni energii, starzy, czy młodzi, ale szczęśliwi. Tacy, jaką ja nigdy nie mogłam być.

    Ciężko nazwać normalną, osobę, która ma nieleczoną schizofrenię, prawda?

    I ciężko nazwać szczęśliwą, osobę, która nie umie sobie z tym poradzić.

***

    Na komisariacie nowy policjant zaprowadził mnie do aresztu i usiadł przed celą. Nie było tu źle, choć okropnie zimno. Betonowe ściany i kraty zamiast drzwi i okien, da się przywyknąć.

    – Na co my tak właściwie będziemy tu czekali? – spytałam znudzonym tonem, siadając na metalowym "łóżku", gdzie jedyną wygodą był koc.

    Nie odezwał się. No co za... Widać, że uparty, ale miałam zamiar zniszczyć ten upór.

    Zaczęłam ściągać spodnie, a gdy już to zrobiłam, zabrałam się za górną część, ale powstrzymał mnie zachrypnięty głos nowego.

    – Co ty robisz?

    – No jak to co? – udawałam głupią, mówiąc trochę przesłodzonym głosem. – Przebieram się...

    Zrobiłam minkę niewiniątka, w duchu śmiejąc się z mężczyzny. Po chwili stałam przed kratowymi drzwiami w samej bieliźnie, ledwo powstrzymując śmiech przez rozbierającego mnie wzrokiem policjanta.

    Kretyn.

    – Ubieraj się – powiedział, starając się rozkazać, ale brzmiało to bardziej jak prośba.

    Przyjrzałam się szybko tabliczce na uniformie posterunkowego odczytując jego imię.

    – Och, panie Glen, nie pomoże mi pan? – droczyłam się z nim, czego zdawał się nie zauważać.

    Ale za to ja zauważyłam co innego. Bardzo podobał mi się taki efekt moich działań.

    – A może chce pan, panie Glen, dołączyć do mnie? – wyszeptałam to uwodzicielsko, choć nie musiałam się nawet wysilać. – Pańskie spodnie wydają się ciut... ciasne. Jeśli tylko pan zechce, mogę się pozbyć tego problemu.

    Skanował mnie wzrokiem, przełykając głośno ślinę. Ledwo powstrzymywał się przed wstaniem z ławki, na której siedział i pójściem do mnie.

    Byłam nawet bardziej niż usatysfakcjonowana z tego, co robię. W końcu jakaś rozrywka po tych całych dniach samotności.

    – Jak tu zimno... – szepnęłam cicho, ale wystarczająco, by policjant mnie usłyszał. – Przydałby mi się ktoś, kto mógłby ogrzać mnie w tych ciężkich dla mnie chwilach... Taki ktoś jak pan, panie Glen.

    Ostatni szept, który nawet mnie zdziwił, że mogłam być taka kusząca, zadziałał na niego ostatecznie. Policjant wstał gwałtownie z miejsca i podszedł do drzwi od celi. Chwilę szukał kluczy po spodniach, aż w końcu je znalazł i drżącymi dłońmi szukał odpowiedniego klucza, spośród pęku.

    – Niech pan tu wejdzie, brakuje mi tu prawdziwego mężczyzny, który umiałby mnie... zadowolić – przygryzłam wargę, patrząc na niego z błyskiem w oczach. Ledwo powstrzymywałam się przed parsknięciem śmiechem.

    Na moje słowa mężczyźnie wypadł pęk kluczy z dłoni, który natychmiastowo podniósł. Wybrał jakiś kluczyk i dopasował go do zamka w celi, prawie go otwierając, kiedy nagle przerwał mu głos przełożonego.

    – Glen, gdzie ty jesteś?! Ofiara kradzieży przyszła!

    W oczach napalonego na mnie policjanta widziałam zagubienie, co tylko bardziej mnie rozśmieszyło. Walczył przez chwilę sam ze sobą, od czasu do czasu cofając się krok w tył, po chwili wracając do krat, nie mogąc odciągnąć ode mnie wzroku.

    – Glen, do kurwy! – krzyknął rozwścieczony Rick z oddali.

    – Panie Glen, zostawi mnie pan tak? Nie będzie drugiej szansy – szepnęłam, wstawiając głowę pomiędzy kraty i szepcząc mu do ucha.

    Jedną ręką trzymałam stalową rurę w drzwiach, a drugą wystawiłam zza ścian celi i sięgnęłam do spodni Glena, który patrzył teraz tylko na mnie, jakby miał się zaraz na mnie rzucić. Możliwe, że tego właśnie chciał.

    Rozpięłam powoli guzik, torturując go z każdą sekundą. Nie tylko krwawe tortury się stosowało... Kiedy w końcu to zrobiłam, wsunęłam rękę pod jego spodnie i ścisnęłam przez bokserki, pewnie już bolącą go, część ciała. Jęknął cicho, kiedy przerwał nam starszy posterunkowy.  

***

     Po korytarzu i wszystkich celach rozniósł się głośny huk, kiedy Glen powalony przez przełożonego, opadł na ławkę, waląc głową w ścianę.

    – Czy ciebie do reszty pogrzało?! Chcesz, żeby cie z roboty wywalili zaraz po tym jak ją dostałeś?! – wrzeszczał Rick.

    Niedopowiedzeniem by było, gdyby kto powiedział, że jest wściekły.

    Glen, nie odzywając się, patrzył przerażony na starszego od siebie policjanta. Ja w tym momencie nie wytrzymałam i po prostu wybuchłam niepohamowanym śmiechem.

    – A tobie co tak, kurwa, do śmiechu? Zaraz cię przeniosą do celi sądowej, a potem możesz się pośmiać z siebie, w pierdlu, będziesz miała na to naprawdę dużo czasu. Tak do piętnastu lat – warknął i podciągnął do góry wciąż oszołomionego Glena.

    Mimo wszystko nie przestałam się śmiać, bo wtedy uznałby że wygrał. Przeraziła mnie jego wizja, a najgorsze było to, że chyba miał racje. O ile właściciel samochodu wniesie oskarżenie, co zrobi na pewno, pozostanie mi gnić w celi do starości.

    Dopiero teraz do mnie to dotarło.

    – Ogarnij się jakoś i przyjdź do okradzionego – rozkazał trochę już uspokojony Rick i odszedł, tak jak Glen, tylko w inną stronę.

***

    Czekałam dość długo, zanim ktokolwiek do mnie przyszedł.

    Już dawno się ubrałam, ale i tak było mi zimno. Nie mogli dać szyby w tych oknach, chociażby za kratą?

    Było też okropnie cicho. Nie ciszej niż w mieszkaniu, które zaczęłam nienawidzić, przez to, że przypominało mi o Rose. Ale też przez to go nie opuszczałam, bo wiedziałam, że ona nigdy już tam nie wróci. Jednak wróciła.

    Rose wróciła.

    Choć pewnie zrobiła to tylko, żeby zabrać resztę swoich rzeczy, to i tak się cieszyłam. Zobaczyłam ją. Całą, zdrową i bezpieczną, a to było dla mnie najważniejsze.

    Ścisnęłam w dłoni koc, na którym leżałam, drugą ręką zasłaniając sobie twarz. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu wpływającego na moją twarz, tak samo jak łez, które po niej spływały. Oparłam głowę o poduszkę, dokładając drugą dłoń do twarzy, zakrywając ją w całości. Nie chciałam nic widzieć. Nie chciałam niczego czuć.

    Nieprzyjemny dreszcz przeszedł przez całe moje ciało, kiedy gołymi plecami dotknęłam lodowatego metalu, z którego było łóżko.

    Po jakimś czasie, kieszeń w spodniach zaczęła króciutko wibrować, przypominając mi, że mam tam telefon. Rick już dawno się poddał, żeby mi go zabierać, bo nie raz już wyszłam jakimś sposobem z celi, żeby go zabrać, po czym wracałam. Kiedyś się nie rozstawałam z telefonem, teraz służył tylko po to, by zobaczyć, czy Rose nie wyświetliła chociażby jednej z ponad dwustu wiadomości, które jej wysłałam. Tym razem spojrzałam w powiadomienia, po raz pierwszy od miesiąca. Nie wiem, co mnie do tego pokusiło, ale...

    – O kurwa – szepnęłam cicho, nie wierząc w ilość wiadomości, które miałam nieodebrane.

    Wszystkie były z Kik'a.

    Ashton.

    Nie zapomniałam o nim. Ale on był tylko... tylko dla zakładu. A skoro straciłam Rose, to straciłam też te wszystkie wspólne rzeczy, którymi też były zakłady, prawda?

    Jednak gdzieś tam w środku mnie, do czego w życiu bym się nie przyznała, była taka mała odrobinka, taka malusia część, która nie tęskniła tylko za przyjaciółką, ale też za kimś innym.

    Uśmiechnęłam się smutno, patrząc na ekran. Czułam napływające do oczu łzy, za co się znienawidziłam. Stałam się słaba.

    Niewielki napis, pogrubionymi literami dawał mi do zrozumienia, jak stęskniłam się za wiadomościami do Ash'a. 84 nieodczytane wiadomości od: SadBoyAsh... 234 nieodczytane wiadomości z konwersacji...

    Zanim jednak zdążyłam wejść w którykolwiek z czatów, usłyszałam kroki w kierunku aresztu. Po chwili w drzwiach pojawił się z niezbyt zadowoloną miną Rick i otworzył drzwi od mojej celi. Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc.

    – Wychodzisz – burknął tylko, ale wystarczająco, by zszokować mnie tym jednym słowem.

    – Ale czemu? Masz dobre serce i pozwalasz mi uciec? – zakpiłam.

    – Hah, zabawna jesteś – mruknął, uśmiechając się niezadowolony pod nosem. – Właściciel auta nie wniesie oskarżenia, nieważne, jakbym bardzo tego chciał. Nie musiałbym się już w końcu z tobą użerać, przez najbliższe kilkanaście lat...

    – Jak to nie wniesie oskarżenia? – zdziwiłam się, stając w drzwiach od celi.

    Tak na wszelki wypadek, jakby jednak Rick chciał mnie przetrzymać tu dłużej.

    – Nie wniesie, nie wiem czemu. A teraz wynocha, nie po to wpłacono kaucję, żebyś tu dalej przesiadywała. Ktoś na ciebie czeka.

    – Co? Kto? – z sekundy na sekundę byłam coraz bardziej zdziwiona, czym chyba wkurzyłam posterunkowego.

    Popchnął mnie, zamykając drzwi od aresztu i kazał mi wyjść z budynku, bo jak to ujął "lepiej się ciesz, póki znowu tu nie trafisz". Skwitowałam to krótkim "pozdrów Glena", na co odpowiedział prychnięciem i odszedł. Zaśmiałam się cicho pod nosem, jednak uśmiech szybko zniknął z mojej twarzy, kiedy zobaczyłam, kim była osoba, która na mnie czekała.

    – Możemy pogadać?  

***

    – Możemy pogadać? – spytała.

    Rose stała przede mną, niepewnie przeskakując z nogi na nogę. Od razu zrobiło mi się słabo i myślałam, że za chwilę zemdleję. Walcząc z tym, żeby nie upaść na chodnik, podeszłam do niej. Spuściłam wzrok w dół, czując jak w gardle rośnie mi niewielka gula.

    – J–jasne, Rose – odpowiedziałam cicho. Kontynuowałam, starając się już nie jąkać. – Ale nie tutaj.

    – Taa... – podrapała się niezręcznie w kark.

    Poszłyśmy na pieszo do domu, nie odzywając się do siebie ani słowem. Co chwilę zerkałam na przyjaciółkę, bojąc się, że zaraz ucieknie i tyle będzie z naszej rozmowy.

    Załamałabym się.

    Za to patrzyła wszędzie, tylko nie na mnie. Miałam wrażenie, jakby się mnie bała, ale... To pewnie był fakt. W końcu w jej oczach dalej jestem tylko "psychopatką", lecz ona w moich wciąż jest moją przyjaciółką. I zawsze nią będzie.

    Dookoła nas nie było prawie nikogo. Tak jakby wszyscy wyczuwali tą napiętą atmosferę i unikali tego jak ognia. A może to ja po prostu nie zauważyłam nikogo innego?

    Spojrzałam raz jeszcze na Rose, w duchu się uśmiechając, z naszej małej różnicy wzrostu. Byłam wyższa z jakieś 5 centymetrów, może mniej, może więcej. Mimo tego wydawała się być o wiele drobniejsza ode mnie, choć mogło to być tylko moje spostrzeżenie. Jednak teraz, patrząc na nią po prawie miesiącu przerwy, zdołałam zauważyć, że jeszcze bardziej schudła. Była blada i wyglądała na wyczerpaną, zmęczoną własnym istnieniem. Włosy nie były jak zwykle, zadbane i wyglądające, jakby dopiero co je pofarbowała, a strukturą przypominały raczej siano, a kolor nie był już tak żywy. Zobaczyłam jeszcze, że miała poobijane ręce, prawie całe w strupach na paliczkach. Biła się.

    Moja Rose się biła, a ja myślałam, że była bezpieczna.

    – Co ci się stało? – spytałam z przerażeniem, odruchowo biorąc jej dłoń w ręce i oglądając bliżej.

    Wcale się nie zdziwiłam, kiedy wyrwała mi ją i spojrzała na mnie zdziwiona.

    – Nic – mruknęła tylko i odwróciła wzrok.

    – Rose, nie mów, że się biłaś – wręcz poprosiłam.

    – Czemu? Co ci do tego? – zabolały mnie jej słowa.

    – Nie po to ja się biłam te wszystkie lata, żeby móc chronić ciebie, żebyś teraz ty musiała to robić z mojej winy – szepnęłam płaczliwym tonem, a przyjaciółka spojrzała na mnie niezrozumiałym wzrokiem. – Błagam, powiedz, że to nie od bójki i nikt ci nic nie zrobił...

    – Z nikim się nie biłam – mruknęła, z powrotem patrząc gdzie indziej.

    Ucieszyłam się, mimo że zauważyłam, że Rose stara się odpowiadać szybko i zdawkowo, co zupełnie różniło się od tego, jak rozmawiałyśmy kiedyś.

    No i co się głupia dziwisz?

    Chwyciłam się za głowę, nie mogąc uwierzyć, że właśnie w takim momencie usłyszałam ją.

    Nie słysząc nic więcej, puściłam głowę, ale dziewczyna obok mnie i tak zauważyła ten krótki moment i patrzyła na mnie wystraszona.

    – Nieważne – odpowiedziałam na jej nieme pytanie i ruszyłam do domu.

    Zatrzymała mnie jednak i chwyciła za ramię, odwracając w swoją stronę.

    – Czekaj – szepnęła, jakby panikując. W jej oczach widziałam zagubienie, jakby kompletnie nie wiedziała, co ma robić.

    – I tak mnie nie chcesz więcej widzieć. Chcę tylko usłyszeć od ciebie, jak wielkim potworem jestem i w spokoju umrzeć, bo wiesz co? Ja też mam, kurwa, uczucia i wiem, że zraniłam cię, ukrywając przed tobą fabrykę i wiem, że mnie nienawidzisz, ale nadal we mnie tkwi iskra nadziei, że mi wybaczysz, więc możesz sobie darować katowanie mnie bardziej, niż ja to robię sama sobie – wkurzyłam się, choć tak naprawdę nie miałam do tego powodu. Po prostu bolało mnie to, że nie było już jak dawniej, a ona z każdą chwilą pokazywała mi, że to się nie zmieni.

    – Ale ja n–nie...

    – Co nie? Nie chciałaś mi nic powiedzieć? Ja bym chciała ci powiedzieć dużo, ale ty mnie nie chcesz słuchać, więc może dla własnego dobra o mnie zapomnij i weź swoje rzeczy z mieszkania, póki nie ma tam mojego trupa – mówiłam, że w gardle rośnie mi mała gula, prawda? Teraz ledwo wyduszałam słowa, usiłując się nie rozpłakać, jak to zrobiłam, kiedy zobaczyłam po raz pierwszy Rose wczoraj.

    –To nie tak, Ash! Ja staram ci się powiedzieć, że chce ci pomóc! – wykrzyczała, jakbym miała jej przerwać.

    – P–pomóc...? – zdziwiłam się.

    – Tak, Ash... Zrozumiałam wczoraj kilka rzeczy. Gdybyś się wczoraj za mną nie wstawiła...

    – Robisz to z litości – przerwałam jej, starając się mówić wyraźnie, co niezbyt mi wychodziło. Mój płaczliwy ton wkurwiał nawet mnie. – Wstawiłam się za ciebie, bo ty chcesz sobie ułożyć życie beze mnie, a wpis w aktach by ci w tym przeszkadzał. Ja już mam nie jeden, a chciałam, żeby chociaż tobie się udało. Dlatego nie pomagaj mi, bo czujesz poczucie winy, czy coś w tym stylu, bo to tylko bardziej boli. Nie lituj się nade mną.

    – To nie z litości! Nie przerywaj mi, dobra? – odparła, na co kiwnęłam głową, na znak, że może kontynuować. – Brakuje mi ciebie, nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo. Gdybym chciała sobie ułożyć życie bez ciebie, mylisz, że kradłabym to auto? Odpowiedź brzmi: nie. Wczoraj chciałam wziąć tylko z domu rzeczy i wypieprzać stąd jak najdalej, ale kiedy zobaczyłam ciebie po prostu nie mogłam. Brakuje mi wspólnego życia pod jednym dachem i wspólnych wypadów. Nie wiem jak, ale muszę ci jakoś pomóc, bo po raz pierwszy nie widzę tylko swoich problemów, a w końcu zauważam problemy innych. W tym twoje i to, jak cierpiałaś jeszcze wcześniej, zanim się... dowiedziałam.

    – Długo ci zeszło – zaśmiałam się smutno. – Nie wyleczysz mnie tak szybko.

    – Wyleczysz? – zdziwiła się, patrząc na mnie smutno. Widziałam, ile szczerości dała w swoje poprzednie słowa, tak samo jak teraz szczere zdziwienie, malowało się na jej twarzy.

    – Myślałam, że się domyśliłaś – mruknęłam, odwracając wzrok i chowając ręce w kieszenie. – Mam schizofrenię... i w życiu jej nie leczyłam.

    – C–co...? – wydukała, zszokowana. Naprawdę myślałam, że się domyśliła, ale jednak wyszło na to, że nie. – Ash, dlaczego mi wcześniej nie...

    – ...nie powiedziałam? Nie wiem, może dlatego, że stwierdziłabyś, że jestem wariatką i uciekła? – nie chciałam, żeby to zabrzmiało, jakbym robiła jej wyrzuty, ale nie wyszło mi. – Tymczasem nawet nie poznając powodu, zostawiłaś mnie jak wszyscy. Pewnie Oliver też nie będzie chciał się do mnie zbliżać, prawda? Nawet on... – mruknęłam, wybuchając.

    Po prostu nie wytrzymałam i powiedziałam jej wszystko, co mnie gryzło. Spojrzałam na nią, jednak ona miała spuszczoną głowę, więc nie widziałam jej twarzy.

    – J–ja się bałam... Ty też nie jesteś bez winy, ale... – szepnęła, a z jej tonu mogłam wywnioskować, że płakała.

    Nawet się nie zastanawiając, przytuliłam ją do siebie. Taki odruch.

    – Przepraszam, że ci nie powiedziałam. Nie chciałam, byś zostawiła mnie jak moja rodzina, byłam po prostu samolubna. Przepraszam – wyszeptałam przeprosiny, a Rose wtuliła się we mnie jeszcze bardziej.

    Stałyśmy tak chwilę, nie przejmując się tym, czy ktoś nas przypadkiem nie słyszał, póki się nie odsunęłam.

    – Wiesz, że nie lubię się zbyt długo przytulać – zaśmiałam się przez łzy.

    Rose odwzajemniła mój uśmiech, co było najlepszym widokiem, przez ostatni miesiąc.

    – Zgadzam się – odparłam po chwili. Przyjaciółka spojrzała na mnie niezrozumiale, więc kontynuowałam. – Jeśli dalej chcesz, to zgadzam się, żebyś mi pomogła. Tylko żadnych przeszczepów mózgu nie próbuj, mam zamiar jeszcze trochę nacieszyć się życiem.  







~awenaqueen~


Love deal Cz.12 Rose

  


    Ja n–nie, ja ci wyjaśn–nie...

    Każde jej słowo z tamtego wieczora odbijało się echem w mojej głowie. Ciągle wracały i potrafiły obudzić mnie nawet w nocy.

    N–nie jestem p–potworem, Rose...

    Sposób w jaki wymówiła wtedy moje imię… Przysparza na moim ciele dziś ciarek. Wtedy poczułam, że Ashley którą znałam, nie istnieje.

    Znasz m–mnie przecież…

    Znam? Nie, nigdy nie znałam. Zamieszkałam z psychopatką nawet o tym nie wiedząc. Ale… Ale to nie jest najgorsze. Nawet nie wiem co jest?! To że ona jest psychopatką czy to, że na tym krześle siedział związany…

    – ROSE! – krzyk Henrego ściągnął mnie na ziemię. Padłam na kolana próbując unormować oddech – Nie przeginasz? Długo cię tutaj nie było i taki nagły przypływ adrenaliny… Może powinienem powiedzieć ‘agresji’? – kucnął obok mnie podając mi butelkę wody. Spojrzałam w jego czekoladowe oczy, które kiedyś mi pomogły w walce z agresją – Czy coś się stało?

    – Nie… – zawahałam się.

    – Na pewno? Rose, jesteś cała roztrzęsiona i uderzasz w ten worek od ponad godziny, a z każdą kolejną minutą robisz to coraz mocniej. Ktoś próbował cię skrzywdzić? – cholera… On mnie zna. Kiedyś przeszłam przez to samo. Henry mi wtedy pomógł wyładować swoją frustracje, złość… Pomógł stać się silniejszą i niezależną. Wiele mu zawdzięczam i w sumie bratu także. To w końcu on mnie tutaj przyprowadził.

    – Po prostu… Moje ‘nowe życie’ okazało się kolejnym bagnem – wstałam na równe nogi już będąc trochę bardziej spokojną.

    – To znaczy?

    – Nie ważne. Poradzę sobie. Mogę tutaj przychodzić, prawda? – treningi mi tylko pomogą z tym uczuciem słabości.

    – Oczywiście – uśmiechnął się szeroko – Kiedy zechcesz, ale może pohamuj trochę te ciosy bo się wykończysz – polecił.

    – Wiem. Dzięki Henry – przytulił mnie choć wali ode mnie potem.

    – Rose! – usłyszałam nawoływanie swojego imienia za plecami. Odwróciłam się a tam kto?

    – Thomas?! Co ty tutaj… – wróciłam wzrokiem na Henrego, który zaczął znikać z pola widzenia – Dzięki stary dupku! – krzyknęłam, gdy ten już zamykał drzwi od auli.

    – Co się dzieje, do cholery?! – mój brat stanął naprzeciwko mnie i złapał za ramiona. Był zdenerwowany i zdyszany co znaczy, że spieszył się.

    – Wszystko gra.

    – Kłamiesz! Henry cię nie przyciśnie, ale ja i owszem, więc… – przerwałam mu.

    – Opowiem ci, ale pod warunkiem, że mogę z tobą zamieszkać – uniósł brwi wysoko niedowierzając – Proszę?

    – A…Y… Jasne? – zdecydowanie nie wiedział co odpowiedzieć – A co z tą twoją przyja…

    – Nie jest moją przyjaciółką, ok? Koniec tematu. Jestem zmęczona i potrzebuje wziąć prysznic, więc zaczekaj za mną – poszłam w kierunku mojej szafki by wziąć z niej ręcznik i móc się odświeżyć.

***

    Weszłam do mieszkania Thoma, które nie było większe od mojego poprzedniego. Zdjęłam kurtkę i odwiesiłam na wieszak po czym poszłam do kuchni, gdzie stal mój brat odkładając zakupy.

    – Pomóc?– pytam.

    – Nie. Odpocznij – popatrzył na mnie niepewnie. Poszłam do salonu i usiadłam na kanapie.

    – Dorobiłeś się plazmy?! – wyłupiłam oczy nie wierząc w to co widzę. Usłyszałam śmiech mojego brata.

    – Nie klepie biedy mimo małego mieszkania, jeśli o to ci chodzi. Na co mi większe? – spytał siadając obok mnie.

    – No nie wiem… Dla rodziny? W sensie dziewczyny, dzieci – znów zaczął się śmiać.

    – Ok, aż tyle się u mnie nie zmieniło. Wieczny singiel siostro – ziewnął – Twój pokój jest po prawo od drzwi wejściowych – wskazał palcem za nas.

    – Ok.

    – A gdzie twoje rzeczy? – cholera, liczyłam, że nie spyta. Milczałam co mu chyba przeszkadzało – Co ci ta dziewczyna zrobiła, że nawet rzeczy nie zabrałaś? – spytał zaintrygowany.

    –Nic. Mogę iść spać? – pyta wstając z kanapy.

    –Jasne – machnął ręką, więc poszłam do ‘siebie’.

    Padłam na łóżko modląc się o szybki sen. Ostatnio nie śpię za dobrze. Od mojego ostatniego spotkania z Ash minął ponad tydzień. Muszę zabrać swoje rzeczy, ale nie wiem jak to zrobić. Nie chcę jej widzieć, ale czuję, że tak łatwo mi to nie pójdzie.

***

    – Kochanie zostaniesz na chwilę z Joel’em, dobrze? – spytała moja mama. Popatrzyłam na nieprzyjemnego mężczyznę, który siedział w naszym salonie.

    – Musie? – spojrzałam na nią smutno.
    
    – Tak. Ja z tatą zaraz wrócimy. To potrwa tylko kilka minut – ucałowała mnie w czoło i wyszła. Czułam się bardzo źle, bo ten mężczyzna zawsze dziwnie na mnie spoglądał. Teraz wpatrywał się na mnie jeszcze straszniej niż zwykle. Przełknęłam ślinę i pobiegłam do siebie. Zamknęłam drzwi i odetchnęłam z ulgą, że nie muszę już na niego patrzeć. Mój brat jak na złość wyszedł z domu ze swoimi koleżkami. Zawsze gdy jest potrzebny to go nie ma.

    Zaczęłam odchodzić od drzwi by położyć się na łóżku, gdy nagle za sobą usłyszałam skrzypienie drzwi. Rozszerzyłam oczy będąc przerażona. Odwróciłam się powoli i nie myliłam się myśląc, że to ten Joel. Uśmiechał się bardzo dziwnie, a po chwili zwilżył swoje usta językiem. Zrobiło mi się nie dobrze. Ja… Mam przed oczami tylko jedno. Domyślam się o co mu chodzi, ale… ale co mam zrobić?! Uciec?! Mamo, tato, wróćcie już, proszę!

    […]

    Czułam go na sobie… Jego dotyk na każdym centymetrze mojego ciała. Gdy tylko jego ręka znalazła się pod moją spódniczką zrobiło mi się niedobrze. Zaczęłam płakać, ale nikt nie usłyszał mojego wzywania o pomoc… Krzyczałam, aż zdarłam gardło… Pomóż mi… Ktokolwiek. Proszę!

    Zerwałam się z łóżka oblana zimnym potem. Po moich policzkach spływały strużki łez. Przetarłam je ręką, a po chwili usłyszałam dźwięk wiadomości. To pewnie Ash… Ale przecież ją zablokowałam… Sięgnęłam po telefon i odblokowałam. Kik. Tam jej nie zablokowałam. Weszłam w rozmowę, ale o dziwo to nie ona.


6rainbow.unicorn9:
ROSIX PACZ!
*załącznik*
Hehe, i to ja niby gejem jestem w naszym zespole :3
Mimowolnie uśmiechnęłam się na widok zdjęcia Luke’a i w ogóle wiadomości od Mike’a. Nie dawałam im znaku życia od tygodnia. Weszłam w spis kontaktów, a tam co? Ponad sto nie przeczytanych wiadomości od Luke’a.

6rainbow.unicorn9:
A i nie myśl, że on taki szczęśliwy jest. Upiliśmy go dziś bo w takim stanie łatwiej go rozśmieszyć XD
O! Właśnie coś zaczyna bredzić.
Czemu mu nie odpisujesz?
Wiesz, on cię trochę polubił, a myśleliśmy, że po Annie się nie pozbiera.
Rose?
Widzę, że odczytujesz –,–

Wyświetlono 02:31

Me:
Ja po prostu… Nie chcę psuć innym humoru moim paskudnym

6rainbow.unicorn9:
Coś się stało?

Me:
Jest ok :)

6rainbow.unicorn9:
:(
Luke właśnie zaczął o tobie mówić.
Zaczyna wylewać swe żale!
Dobrze jest!
A wiesz co najlepsze?

Me:
Nope

6rainbow.unicorn9:
Wylewa je przed Ashem!

Me:
O_O

6rainbow.unicorn9:
NO!
Jutro pewnie będzie rzekomo ‘żałować’, ale coś czuję, że Ash tak naprawdę dalej jest dla niego przyjacielem :D

Me:
To chyba dobrze.

6rainbow.unicorn9:
Bardzo dobrze!
No dobra… Jest źle bo Ash też się nawalił i właśnie też zaczął się żalić –,–
Dwóch ‘wrogów’ z powodu miłości żali się sobie z problemów z kobietami.
Co z nimi?! WTT?!
XDDDD

Me:
To alkohol. Jutro będą się bić xD

6rainbow.unicorn9:
Hahaha, jak zwykle się Calum’owi oberwie X”D

***

Eat_everything_19:
Arose
Lose
KULDWA!
R O S E
Nop
–,o

Me:
Dobrze się czujesz?

Eat_everything_19:
ODFASŚ MJI!
Odpisalas*

Me:
Jest 6
Nie wytrzeźwiałeś?

Eat_everything_19:
Skont wiescź se puem O.p

Me:
Michael mi napisał.
Idź spać lepiej.

Eat_everything_19:
A jemi odousalaś

Me:
Tobie przecież dziś odpisuje.
Zluzuj Lucek :)

Eat_everything_19:
Móe tah do mnje :D
Pzynajmniej eiem ze masx donry hunor!

Me:
Idiota XD

Eat_everything_19:
Cześć tu Calum (:)

Me:
–,–
Połóż go spać czy coś.

Eat_everything_19:
Staram się, ale on w ogóle nie jest zmęczony.
Ashton śpi jak zabity, a ten nie chce dupy ruszyć –,–
Próbuje mi Tel zabrać. Czekaj!

Me:

Eat_everything_19:
*załącznik*
Najebany Luke XD

Me:
XD
Powiedz mu, że jest słodki i ma iść spać xD

Eat_everything_19:
WOAH!
Co za wyznania!
Dobra, położymy go spać xD

***

    Myślałam, że chodzenie na treningi mi pomoże, ale… Myliłam się. Po raz kolejny się pomyliłam. Może w małym stopniu mi to pomaga, ale dosłownie w małym. Ni potrafię sobie znaleźć miejsca, a minął już chyba miesiąc. Dosłownie oczywiście. Znow zaniedbałam Luke’a, ale dlaczego w sumie mam z nim rozmawiać? Robiłam to dla zakładu. A teraz… Teraz, na co mi to? Nie ma zakładu. Mimo wszystko Luke zaczynał być dla mnie codziennością. Pisanie z nim zaczynało być codziennością. To takie dziwne. Ciekawe czy Ona pisze z Ashton’em? Nie, nie mogę o niej myśleć! Dlatego też nie mogę pisać z Luke’m. On przypomina mi o Niej, a ja tego nie chcę. Chcę zapomnieć, choć koszmary mi nie pozwalają. Widzę w nich tego Joel’a z przeszłości i tego z teraźniejszości. Ona… Ona miała go… Nie Rose, nie myśl o tym!

    Szłam ulicami bez celu. Błąkałam się tak całymi dniami, a Thomasa ledwo co widywałam. Miał pracę, a gdy wracał to ja już spałam albo mnie nawet w domu nie było. Szkołę kompletnie olałam. Tam mogła mnie spotkać. Cholera Rose musisz wreszcie zacząć żyć! To podpowiadał mi rozsądek. I ma rację. Muszę zabrać swoje rzeczy od Ashley i uwolnić od tego raz na zawsze. W tym mieście nie mam już życia. Muszę stąd uciec. Nie… Nie uciec. Musze stąd się po prostu wyprowadzić. Ale jak mam to zrobić? Na motorze nie uda mi się zabrać wszystkich swoich rzeczy. Potrzebne mi auto… Hm. Akurat rzuciło mi się jedno całkiem niezłe, stojące na poboczu. Zerknęłam ukradkiem czy nikogo nie ma w środku. Ciekawe, do kogo ono należy? No nie ważne. Potrzebuje je pożyczyć, a potem oddam. Jak podpierdolę auto to raczej każdy zauważy. Pożyczę i odstawię. Tak.

    Podeszłam do drzwi od strony kierowcy i zaczęłam majstrować przy zamku. Nie takie rzeczy już się robiło. Potrafię otworzyć nawet skomplikowane zamki, a ten nawet na średniaka nie wygląda. Chociaż… Alarm. Może ma alarm. Zerknęłam czy posiada światełka po boku, ale niczego takiego nie zauważyłam. Auto całkiem nowe i nie ma alarmu? Czy tylko ja widzę tu jakieś dziwne niedorzeczności?

    Wzruszyłam tylko ramionami i wsiadłam do otwartego już auta. Na szczęście żadnego alarmu nie ma, nie chcę wiedzieć dlaczego. Zaczęłam kombinować z kablami pod kierownicą. Raz prawie udało mi się go odpalić, ale skubany zgasł.

    – No dawaj!

    Jeżeli będę za długo się bawić, to mnie w końcu nakryją. Za drugim podejściem auto odpaliło, a ja mogłam ruszyć na małą przejażdżkę po mieście. Autem nie umiem jeździć, od razu mówię. Raz w życiu jechałam i to na dodatek po alkoholu, gdy z Ash… No w każdym bądź razie muszę zrobić okrążenie by sprawdzić czy ktoś mnie nie namierzy.

    Po dwóch godzinach zaparkowałam pod naszym blokiem, Ala apartamentem z brakiem windy. Tsa. Nie wiem gdzie tu apartament, ale ten stary dziadyga uparł się, że to APARTAMWENT. Weszłam do środka i czym prędzej udałam się do mieszkania. Otworzyłam drzwi z klucza i weszłam niepewnie do korytarzyka. Niezły syf. Co ona tu robi? Nie, to kolejna rzecz, której nie chcę wiedzieć. Przemieściłam się do swojego pokoju i wyjęłam torbę by szybko spakować swoje rzeczy. Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi co nie wróży niczego dobrego. Zacisnęłam powieki, modląc się w duchy, by mi się to tylko przesłyszało. Zaczęłam szybko wrzucać ubrania do torby i zapięłam ją szybko. Zamek wydał przy tym swój charakterystyczny odgłos, co rozniosło się pewnie po całym mieszkaniu.

    Wzięłam szybko dwie torby i ruszyłam do wyjścia. W drzwiach od mojego pokoju zderzyłam się z blondynka, która miała nieokreślony wyraz twarzy. Smutek, zaskoczenie i… radość wymieszane razem.

    – R–Rose! – nagle w jej oczach stanęły łzy – Powiedz, że to naprawdę ty – tak jakbym była jakąś halucynacją. Nie odezwałam się tylko pragnęłam czym prędzej się stąd wydostać. Trzeba auto odstawić.

    Niestety w korytarzyku zagrodziła mi drogę.

    – Rose proszę porozmawiajmy! J–Ja nie mogłam ci o tym p–powiedzieć! – łzy spływały po jej policzkach, ale ja nie mogę się teraz ugiąć – Miałam ci powiedzieć, że przetrzymuje jakiegoś dupka w starej opuszczonej fabryce?! Zostawiłabyś mnie! Rose, byłaś… jesteś moją przyjaciółką, no! Nie mogłam… Nie potrafiłam ci powiedzieć… – uspokoiła się, ale łzy wcale nie przestały płynąć.

    – Jesteś psychopatką… – szepnęłam. Nie powiem, że jej się nie boję, bo boję, ale…

    – Rose, proszę… – wytarła policzki wierzchem dłoni i spojrzała mi w oczy. Widziałam dopiero teraz jak bardzo jest zmęczona i jakie ma worki pod oczami.

    – Skąd wiedziałaś o nim? – spytałam. Nie wiem czemu, ale mówię bardzo cicho.

    – O kim? – ściągnęła brwi nie rozumiejąc.

    – O Joel’u – przełknęłam ślinę przypominając sobie widok z fabryki.

    – Tym z fabryki? Znałaś go?! O boże, Rose! Nie mów, że to ktoś z twojej rodziny! – widziałam, że jest przerażona tą myślą.

    – Co?! Nie! To świnia! Gdyby był z mojej rodziny to bym chyba się zabiła!
    
    – No to skąd Ty go znasz? – ścisnęłam ręce – Rose?

    Naszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Ashley zaklęła pod nosem i otworzyła je z impetem.

    – Czeg… – widząc policję lekko się zdziwiła – Tak?

    – Zostaliśmy zawiadomieni o dokonaniu przestępstwa – powiedział jeden z dwóch policjantów. Cholera! To na bank auto.

    – Słucham? – zakpiła. Nagle jej humor zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni.

    – Został skradziony samochód spad centrum handlowego – kurwa wiedziałam! Ashley spojrzała na mnie przez ramie rozumiejąc. Jeżeli chodzi o KRADZIEŻ to wiadomo, że chodzi o mnie – Samochód znajduje się pod tym domem i przyszliśmy. Jeden z przechodniów powiedział nam, że to była kobieta i miała na sobie bordową bluzę z kapturem na głowie – policjanci od razu zmierzyli mnie wzrokiem. Kaptur nadal spoczywał na mojej głowie, więc już po mnie – Pójdzie pani z nami – powiedział do mnie i chciał wejść, ale Ash zatokowała mu drogę.

    – To nie ona – rozszerzyłam oczy ze zdziwienia.

    – Słucham? – spytał jeden myśląc, że źle usłyszał.

    – To ja – stwierdziła zaplatając ręce pod piersiami – Zdjęłam tą bluzę, gdy wróciłam, a Rose chciała znieść moje bagaże na dół, wiec ubrała ją – mówiła tak przekonywująco, że sama bym jej uwierzyła, gdybym nie znała prawdy.

    Policjanci spojrzeli po sobie nie wiedząc czy jej wierzyć.

    – No dobrze. Proszę w takim razie z nami – zrobił jej przejście. Chwyciła tylko kurtkę i wyszła nie patrząc na mnie.

    Co… się właśnie stało?








~awenaqueen~